Wolny
weekend jest dobry, bo jest WOLNY. To prawda stara jak świat i wszystkim
powszechnie znana. Czekamy na ten moment z utęsknieniem, skreślając kolejne dni
w kalendarzu. Gdy już przychodzi wiemy doskonale co zrobimy z cennym czasem
albo... nie wiemy. Zdarza się bowiem, że osoby gwałtownie odcięte od
codziennego natłoku obowiązków nie potrafią sprostać sobotnio-niedzielnej
pustce. Ja zdecydowanie należę do pierwszej kategorii. Swój długo wyczekiwany
wolny weekend planowałam na kilka, no dobra – kilkanaście dni do przodu.
Pomysłów było sporo, czasem bardzo rozbieżnych, jednak podstawowy zarys
pozostawał niezmieniony – musimy pojechać na WYCIECZKĘ.
Pierwotna
wizja zakładała wyprawę Maluchem pod namiot z opcją kolacji prosto z grilla.
Przy zbieraniu rzeczy okazało się, że nasz dach nad głową najprawdopodobniej
leży w piwnicy jakieś 180 km od nas. Zdecydowaliśmy się na szybki przerzut do
drugiego auta, którego rozkładane siedzenia zapewniły nam później całkiem
wygodny nocleg. Zapominając noża, pojechaliśmy w siną, deszczową, ponurą i
pochmurną dal, modląc się w duchu, by pogoda postanowiła być nieco łaskawsza.
***
Słowacja.
Kraj pełen Romów, smażonego syra i ohydnych hot dogów, robionych zapewne ze
zmielonych kartonów i trocin. Niby tak blisko, a jednak zupełnie inaczej.
Różnicę czuję już po przekroczeniu granicy, co zawsze wywołuje u mnie ten
przyjemny dreszczyk emocji. Kojarzy mi się z rodzinnymi wypadami w kierunku
Słowackiego Raju, gdzie po raz pierwszy przeżyłam potężną burzę z gradobiciem
na górskim szlaku, a rano zajadałam się pysznymi bułkami z czekoladowym
nadzieniem. Tym razem kierunek zwiedzania był nieco odmienny. Poprzez piękną
Orawę przedarliśmy się w stronę Jeziora Liptowskiego, by po intensywnym
włóczęgostwie pomoczyć nogi w czyściutkiej wodzie. Nim doczekaliśmy tej
doniosłej chwili mieliśmy jednak do odhaczenia dwa ważne punkty na mapie, które
wrzuciłam na swoją prywatną Listę Miejsc Wartych Zobaczenia Przed Śmiercią i
Zombie Apokalipsą.
Punkt
pierwszy.
Oravský
hrad
Piękny.
Majestatyczny. Przycupnął na skale niczym drapieżny ptak i omiata wzrokiem całą
okolicę, czuwając nad bezpieczeństwem jej mieszkańców. Zbudowany w XIII wieku
na terenie ówczesnego Królestwa Węgier był systematycznie rozbudowywany, dzięki
czemu osiągnął tak niezwykłą bryłę. Zamek górny, średni i dolny łączą się ze
sobą gęstą siatką tajemniczych przejść, drążonych niekiedy w skale, czyniąc
twierdzę prawdziwym dziełem architektury. Nie dziwi mnie fakt, że siedziba
kasztelanów nigdy nie została zdobyta.


Same
wnętrza nie należą do najbardziej zachwycających. Pożar strawił większą część
drewnianej zabudowy i wyposażenie, zatem oczom zwiedzających nie ukażą się
ociekające złotem komnaty, a raczej liczne pomieszczenia ze szczątkowo
zachowanymi oryginalnymi malunkami, w których pracownicy muzeum przygotowali
wystawy broni oraz przykłady wystroju wnętrz. Jedną z ciekawostek jest
oryginalna dziewiętnastowieczna ekspozycja, ukazująca regionalną faunę i florę.
Prawdziwa gratka dla wszystkich amatorów wypchanych zwierząt oraz mutacji
genetycznych.

Jak
zwykle z Potworem wlekliśmy się na samym końcu wycieczki. Lubimy pewnym rzeczom
poświęcać nieco więcej uwagi i zwiedzać swoim tempem. Pani przewodnik była pod
tym względem niezwykle wyrozumiała i pozwalała nam na lekkie naginanie
czasoprzestrzeni, by nacieszyć się klimatem panującym zarówno w samym zamku,
jak i na dziedzińcu. Żałuję, że nie udało mi się zobaczyć kaplicy, która akurat
tego dnia była zamknięta z powodu odbywającego się tam ślubu. Wkręciłam się za
to w epicentrum wydarzeń i na własnej skórze poznałam słowacką gościnność, gdy
rozbawieni weselnicy poczęstowali mnie wysokoprocentowym napojem. Do dziś nie
wiem, czy "troszeczkę" oznacza po ichniemu "lej do pełna",
bo pani w stroju ludowym chlusnęła szczodrze z karafki i podała mi pełniuśki
kubek. Z założenia miało być dobre i smakować jabłkami. W praktyce wypaliło
gardło, a ja podróżowałam z wypiekami na twarzy.
Punkt
drugi.
Vlkolínec
Jedziemy
dalej. Jedziemy pomijając drogi płatne (dwupasmówki), ponieważ nie wykupiliśmy
winiety i chcemy przy okazji podziwiać ubocza. Staramy się unikać policji, ale
policja nie unika nas, bo ledwie po opuszczeniu Orawskiego Podzamcza
natknęliśmy się na patrol. Dokumenciki do kontroli, gadka szmantka, że turyści,
że z Polski, a tu nagle jakieś 60 euro za brak świateł. W ferworze walki
zapomniało się. Potwór rżnie głupa. Ja strzelam uśmiech typu banan, licząc na
swój urok osobisty. Nie wiem, która taktyka poskutkowała, ale pan policjant
puścił nas bez mandatu, prosząc aby svietit i życząc miłej podróży. Oookeeej...
Pożegnaliśmy się wylewnie i ruszyliśmy dalej w stronę Rużomberka. Przebiliśmy
się przez miasto szybko i sprawnie, by u jego południowego wylotu skręcić w
małą, stromą dróżkę, wiodącą do zupełnie innego świata. Jakieś 8 km dalej, w
otoczeniu gór i polan, powstała mała, cicha wioseczka węglarzy lub drwali – Vlkolínec.


Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie skansenu. Nic
bardziej mylnego. Ponad sześciusetletnia osada cały czas żyje, a w każdej
drewnianej chacie, rodem z XVIII i XIX wieku, ktoś mieszka. Wrażenie jest niesamowite.
Przez wieś przepływa górski strumień, wodę czerpie się ze studni, a dookoła
rozpościera się baśniowy widok na słowacki Liptów. Zdecydowanie polecam
każdemu, kto tylko będzie miał okazję znaleźć się w tych okolicach zwłaszcza,
że takich perełek jest coraz mniej.
Liptovská Mara - chillout pod chmurką
Zakupy zrobione. Czas dotrzeć na miejsce wypoczynku tak,
aby jeszcze rozbić swoje prowizoryczne obozowisko. Minęliśmy Tatralandię i na
czuja skręciliśmy w jakieś zarośla z nadzieją, że zaprowadzą nas nad samo
jezioro. Ta decyzja była strzałem w dziesiątkę, bo nie tylko dobrnęliśmy nad
wodę, ale jeszcze znaleźliśmy gotowe miejsce na rozpalenie ogniska i nocleg z
widokiem na dryfujące łódeczki.

Wczesnym rankiem zaczęli się schodzić pojedynczy
wędkarze, przez co i ja poczułam, że powinnam wstać i ogłosić kolejny dzień,
bardziej leniwy niż poprzedni. Słońce szybko rozgrzało kamienistą plażę,
zachęcając do spacerów wzdłuż jeziora, toteż zaraz po śniadaniu wrzuciliśmy
swoje bambetle do auta i ruszyliśmy na zwiady. Ludzi było niewielu. Kilku
amatorów kuchni regionalnej czekało przy budce z langoszami na wielkie otwarcie,
parę innych osób wędrowało wzdłuż i wszerz pobliskiego pola campingowego, jeszcze
inni korzystali z uroków pięknej (a jednak!) pogody, wylegując się na kocach.
Dokładnie w tym samym czasie, gdy ktoś przewracał się na drugi bok, a ja
pstrykałam kolejne zdjęcia, Potwór dokonał ciekawego znaleziska, wygrzebując z
piasku monetę –3 krajcary z 1812 r. Zwykły miedziak wybijany w kremnickiej
mennicy, ale radość ogromna.

Reszta dnia upłynęła nam na błogim lenistwie. Cieszyliśmy
się ostatkami wolnego weekendu, mocząc nogi w przejrzystej wodzie Jeziora
Liptowskiego. Wypoczęłam. Już dawno nie musiałam przejmować się rozczochranymi
włosami, upaćkaną bluzką, czy upływającym czasem, który sunął wyjątkowo wolno.
I w sumie… langosza też zjadłam.
A jak tam Wasze weekendy? Lubicie spędzać je aktywnie,
czy leniuchować w pieleszach własnego domu? :)